Zawód, ogromny zawód
Zawód, ogromny zawód. Włoska ziemia paliła się pod jśto-pami. Nie było tam dla niego miejsca. Nie czekał końca''Igrzysk. Wyjechał. W trzy dni po dramatycznym finale był już w Norwegii. Na stadionie Bislet w Oslo jego oszczep szybuje pewnie poza linię 80 metrów. To samo powtórzyło się w ciągu następnych dni kolejno w Dortmundzie i Warszawie. Cóż z tego, skoro próba złota... I znowu cztery długie lata. Może w Tokio? Kiedy jednak ma się już na karku 31 lat, trudno mówić o złocie, lecz jest jeszcze przecież srebro, brąz... Te cztery lata zmieniły Sidłę zupełnie. Nie był to ten dawny Janusz pełen nieokiełznanego temperamentu, ale poważny kapitan zespołu, znanego w całym świecie sportowym jako polski „wunderteam". Młodzi, którzy każdego roku go odświeżali, odnosili się do Sidły z czymś więcej aniżeli z respektem - rzec można - z podziwem. Kiedy na przedstartowej odprawie albo w drodze z zawodów kapitan zabierał głos, słuchali go niemal z nabożeństwem. Zdołał w międzyczasie ukończyć AWF, został magistrem (też nie bez kłopotów, ale bez porównania mniejszych aniżeli tych z maturą), założył rodzinę. A jego pozasportowe pasje to samochód i teatr. Kiedy przebywał za granicą, a uzbierało się tych wyjazdów w czasie jego sportowych wędrówek kilkaset, nie przepuścił okazji, aby nie obejrzeć jakiejś ciekawie wystawionej sztuki. A już tak wyłącznie na swój „domowy" użytek rzeźbił w węglu. Może w ten sposób chciał sobie przypomnieć czasy swej młodości spędzone w krainie czarnych diamentów?
| |