Minęły dopiero cztery lata
Minęły dopiero cztery lata, gdy szopienicki „wybijokno" Wziął po raz pierwszy oszczep do ręki. Teraz już nie jest stremowanym, rozdygotanym przed każdym występem chłopcem, ale pewnym siebie, opanowanym i nie mającym najmniejszego respektu dla najsławniejszych nawet rywali oszczepnikiem. A przecież są to czasy, gdy polska lekkoatletyka nie może się wciąż jeszcze przeobrazić z „biednego kopciuszka" w „urodziwą królewnę". Są to czasy, gdy u większości naszych zawodników sam tylko dźwięk nazwisk europejskich sław wywołuje jakby stan odrętwienia. Sidło jest pierwszym, który nie ma wobec przeciwników najmniejszych kompleksów. Żeby nie wiem jak byli utytułowani. Jego pewność, wiara we własne siły, udzieliła się kolegom. Tak powstawały fundamenty pod przyszły „wunderteam". Tajniki doskonałego rzucania oszczepem opanował pod okiem trenera Zygmunta Szelesta. Przedziwnie splótł los ich koleje. Kiedy uczeń, Janusz, stawiał pierwsze kroki na stadionie, wychowawca, Zygmunt Szelest, zbliżał się do końca swej zawodniczej kariery. W 1949 roku obaj pretendowali do biało-czerwonego dresu na mecz z Rumunami i rywalizację wygrał... adept. Dla nauczyciela był to cios dotkliwy: stracił ostatnią szansę występu w narodowej drużynie. Z tym większą zawziętością wziął się za wychowanie następców. W grudniu 1951 roku trafił pod jego opiekuńcze skrzydła Sidło. Lepiej nie mógł. Sam przyznaje, że bez nauk i rad profesora Szelesta nie byłoby polskiego króla oszczepu...
justyna kowalczyk | Soczewki | doradca kredytowy